Aktualności

Nadzwyczajnie zwyczajni – niedzielne rozważanie o powołaniu do świętości

Napisane przez Janusz Talik
 
Nadzwyczajnie zwyczajni – o powołaniu do świętości
 

Była ostra zima. Pewien człowiek wracał z pracy do domu. W pewnej chwili zauważył małą, zziębniętą dziewczynkę, klęczącą na chodniku, skuloną z zimna, która wyciągała rączkę do przechodniów w geście prośby o jałmużnę. Mężczyzna wzruszył się tym widokiem. Podniósł oczy ku niebu i westchnął: Boże, jak Ty pozwalasz na to, by na świecie była taka niesprawiedliwość? Dlaczego nie pomożesz temu biednemu dziecku? Nagle z nieba odezwał się głos: Ja już jej pomogłem. Stworzyłem ciebie.

Bardzo trudno jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie o istotę powołania. Na pewno jedną z możliwych odpowiedzi jest wskazanie na to, że Bóg przydziela nam określone zadania. Tak jak przydzielił zadania Jezus apostołom w dzisiejszej Ewangelii: Idźcie i głoście; uzdrawiajcie chorych; wskrzeszajcie umarłych; wypędzajcie złe duchy. Zadania do wypełnienia w codziennym ich posługiwaniu. Ich misja; ich zadanie; ich powołanie.

I tak też jest w naszym życiu. Mamy zadania do wypełnienia; do zrealizowania. I to staje się naszym powołaniem. Dlatego mówimy, że powołaniem jest życie małżeńskie, rodzinne. Że powołaniem jest życie kapłańskie, zakonne. Wreszcie, dla niektórych, powołaniem jest życie samotne. Mówimy, że praca, którą wykonujemy jest naszym powołaniem, że jest nim nasza służba i pomoc drugiemu człowiekowi – jak choćby w tym przytoczonym na początku opowiadaniu.

Jest więc powołanie tematem szerokim, bogatym i różnorodnym. Dlatego chciałbym dzisiaj o powołaniu wspólnemu nam wszystkim. Powołaniu każdego człowieka. Najważniejszemu powołaniu. Chciałbym o powołaniu do ŚWIĘTOŚCI.

Słyszeliśmy w dzisiejszym pierwszym czytaniu: Pan zwrócił się do Mojżesza, a przez niego do ludu: Wy będziecie Mi królestwem kapłanów i ludem świętym. A w innym miejscu powie Bóg: Świętymi bądźcie, bo ja jestem święty. Jak więc realizować to powołanie do świętości? Świętości, która jakże często kojarzy się z czymś nadzwyczajnym, wręcz nieosiągalnym.

A jednak można osiągnąć świętość! Przypominają nam o tym, ci których określamy mianem świętych. I jest ich wielu. Bo to nie tylko ci, którzy są ogłoszeni przez Kościół świętymi, czy błogosławionymi. Bo świętymi są wszyscy ci, których łączyła gorąca miłość, niestrudzona wiara i nadzieja. To ci, którzy recepty na świętość – na życie, szukali nie w telewizji, gazetach, opinii publicznej, ale w Ewangelii Jezusa Chrystusa. Doskonalili siebie poprzez życie zgodne z dekalogiem i własnym sumieniem. Doskonalili siebie poprzez życie sakramentalne i codzienną modlitwę. Poprzez życie oddane na służbę człowiekowi. Przez troskę o dom rodzinny. I przez to wszystko stawali się podobni do Boga. I wcale nie wymagało to nadzwyczajnych rzeczy. Bo to naprawdę byli zwyczajni ludzie. Przez zwyczajność, codzienność – ale w świetle Chrystusowej Ewangelii – osiągnęli świętość.

Takim przykładem może być bł. Pier Giorgio Frassati. W latach trzydziestych ubiegłego wieku mówiło się o nim dużo. Był to młody student, który w roku 1925 umarł w opinii świętości. Ale zacznijmy od początku… Urodził się 6 kwietnia 1901 roku. Był synem znanego w ówczesnych Włoszech polityka i matki artystki-malarki. Wychowywany po spartańsku, musiał wypełniać sumiennie swoje obowiązki, być posłusznym, dbać o porządek i czystość. Rano mył się w zimnej wodzie, jadł skromny posiłek i dobrze zachowywał się przy stole. Od szóstego roku życia uczył się religii, na której czasami mu się nudziło, a czasem zamieniał się w słuch. Mimo słabego przykładu religijnego rodziców jego pobożność wzrastała z każdym dniem. Inteligentny, uczył się dobrze, choć musiał repetować jedną klasę i czasami oblewał egzamin. Ojciec widział w nim swojego następcę, przyszłego właściciela gazety La Stampa. W polityce z ojcem się zgadzał, w światopoglądzie religijnym był jednak od niego lepszy. Ogromnie koleżeński, skory do kawałów i żartów. Po maturze zapisał się na studia w Turynie. Myślał o pracy w kopalni, był nawet w Katowicach, w ówczesnej kopalni „Ferdynand”. Od pierwszej Komunii św., mimo sprzeciwów matki był prawie codziennie u stołu Pańskiego. W czasie wakacji na wsi budził go ogrodnik (za pomocą sznurka przywiązanego do ręki i spuszczonego z okna). Maszerował wówczas około 40 minut do kościoła. Gdy ojciec zastał go kiedyś śpiącego z różańcem w ręku, oburzony skrzyczał syna i katechetę, że chce zrobić z niego księdza. Kochał góry. Żywy i wesoły, nigdy nie wynoszący się nad innych, był duszą górskich wypraw. W pociągu wybierał trzecią klasę, żartując, że jeździ trzecią, bo nie ma czwartej. Powroty z takich wypraw odbywały się w atmosferze ogólnej modlitwy, śpiewów, kawałów i dyskusji. Mimo trudności zewnętrznych (panował wtedy faszyzm), pozostawał zawsze wierny papieżowi i Kościołowi. Miał dobre serce. W sierocińcu podszedł do najbrzydszego, opuszczonego chłopca. Kiedy go zapytano, dlaczego to zrobił, odpowiedział: Widziałem w nim Chrystusa. Spotykając się z biedą ludzką, zapisał się do Konferencji św. Wincentego; zbierał pieniądze, robił paczki, kupował lekarstwa, załatwiał ludziom pracę. Gdy nie mógł pomagać materialnie, przynosił dobre słowo, wiarę i nadzieję. Kiedy ojciec został ambasadorem w Berlinie, pojechał razem z nim i znajdując tam również ubogich, rozdawał im jedzenie ze stołów ambasady, a na trumnach biedaków kładł kwiaty z salonów. Gdy się zakochał, zrezygnował ze swoich planów wobec dziewczyny, ponieważ jej rodzice nie pochwalali tego związku. Ukończywszy studia, rozpoczął pracę wśród robotników. 29 czerwca 1925 roku zmarła mu babcia. Wkrótce i on poczuł się bardzo źle. 4 sierpnia zmarł na chorobę Heinego-Medina. Na pogrzeb przyszły tłumy. Uważano go za niezwykłego człowieka. Kiedy 31 marca 1981 roku otwarto jego trumnę, jego ciało było prawie nietknięte. W 1990 roku Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym. I powiedział o nim, że był „nadzwyczajnie zwyczajny”.

Świętymi bądźcie, bo ja jestem święty – mówi Bóg. Starajmy się o świętość w naszym codziennym życiu. W realizowaniu naszego życiowego powołania: osobistego, zawodowego. Z miłością, solidnością, radością. Niech naszą codzienność wypełnia miłość, dobroć, życzliwość, pokój, łagodność, serdeczność, opanowanie. To takie wydaje się normalne, zwyczajne. A jednak, jakże często trudno osiągalne. Tak trudno, że aż może stawać się nadzwyczajne. Lecz z Bożą pomocą i naszym staraniem, jak najbardziej osiągalne.

Bądźmy więc w naszej codzienności „nadzwyczajnie zwyczajni”. I starajmy się o świętość. Bo do niej zostaliśmy powołani.

O autorze

Janusz Talik